„Dzieła” Moliera, czyli z kogo się śmiejemy

Niewielu jest autorów szkolnych lektur, do których dzieł ma się ochotę wrócić po zakończeniu edukacji. Co prawda, kanon ostatnio się zmienił (Tolkien, J.K. Rowling),ale nadal królują w nim Żeromscy i Sienkiewicze. I chyba musimy do tego się przyzwyczaić, dlatego cieszmy się z wyjątków, które dają się lubić – taki Shakespeare na przykład. Albo Molier.

Z Moliera jako uczennica czytałam „Świętoszka” i fragmenty „Mieszczanina szlachcicem” – ominęłam „Skąpca”, jako że nie dane mi było kształcić się w klasie humanistycznej. Nadrabiając zaległości, sięgnęłam po „Dzieła”.  To wydanie, które udało znaleźć mi się w uczelnianej bibliotece, zawiera pięć pozycji; prócz wspomnianego już „Świętoszka” mamy tu jeszcze „Szkołę żon”, „Don Juana czyli Kamiennego Gościa”, „Mizantropa i „Grzegorza Dyndałę czyli Męża Potępionego” .

Co uderza po zetknięciu się z Molierem, to nieustająca świeżość wymowy jego utworów. Molier, jakby nie patrzeć, żył w wieku siedemnastym. Ukazywanie wad francuskiego społeczeństwa z tamtych czasów ma święte prawo oblec się w patynę i trącić myszką. Tymczasem teksty Jeana Baptiste Pouqeina (bo tak brzmi prawdziwe nazwisko dramatopisarza), ciągle boleśnie wskazują nasze przywary, w lekko sarkastyczny sposób puentując niefrasobliwość i brak konsekwencji bohaterów. Sami bohaterowie – zgoda – są przerysowani, niemniej psychologia postaci to kolejny plus utworów Francuza. Czy to pesymista-Alcest, główny bohater „Mizantropa” czy postacie ze „Szkoły żon” i „Grzegorza Dyndały(…)” – Arnolf i Grzegorz, obydwaj oszukani sprytnie przez ukochane, wzbudzają szczery śmiech. Niewątpliwie, najbardziej barwą i zdecydowanie wyróżniającą się na tym tle osobą jest Don Juan; trudno go lubić za butę i pewność siebie, ale też nie sposób zauważyć cech bliskim nam samym. Autentyzm – to zdecydowanie mocna strona tekstów Moliera.  Jest on niezwykle wyczuwalny, nawet kiedy skrajnie przerysowani bohaterowie wplątują się w niesamowite i niemiłosiernie pokręcone intrygi (vide Don Juan i posąg Komandora – ileż seriali komediowych mogłoby zaczerpnąć ten wątek z Poquenina!). A intrygi, jak zawsze, kończą się dobrze. Bądź co najmniej – sprawiedliwie. Do pomyślenia, do poobcowania z pięknym słowem. Do pośmiania się. Tylko aż się chce powtórzyć za Gogolem: „Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”.

(niestety, pomimo poszukiwań, nie znalazłam w internecie tego tomu Dzieł, który czytałam, więc nie mogę ani pokazać okładki, ani podać żadnych informacji do ewentualnego namierzenia. Jak kamień w wodę!)

Reklamy