Czar 20. (i 30.) lat. Wiech, “Czaszka w rondlu”.

Wrzesień 21, 2010

Trzeba przyznać, że w tym roku mam rękę do dowcipnych lektur. Dopiero co skręcałam się ze śmiechu czytając przygody Rodrigo Montalvo Leteillera, a teraz parskam herbatą, czytając opowiadania Stefana Wiecheckiego.  Nie na książkę parskam, oczywiście, bo o książki dbam.

„Czaszka w rondlu” to dziewiąty tom opowiadań sławnego Wiecha. Sławnego, ale i trochę zapomnianego. A niesłusznie! Wiech jest znakomitym obserwatorem warszawskiej ulicy z okresu dwudziestolecia międzywojennego: jego krótkie opowiadanka, których finał zawsze odbywa się w sądzie, ukazuje jak sprytni (bądź jak głupi…) byli nasi przodkowie 80-70 lat temu. Znakomite poczucie humoru Wiecha jest zaraźliwe jak mononukleoza. Autor umiejętnie, nierzadko w jednostronicowym utworku, upakowuje intrygę godną najnowszego filmu o Jamesie Bondzie, z tym, że jeszcze bardziej zakręconą i absurdalną. Czaszka w rondlu? Ależ oczywiście. Kradzież narzeczonego? Normalka. Zaginiona broda? Proszę bardzo, to nie wszystko. Wiech snuje historie na granicy prawdopodobieństwa, jak dziadek niejednego z nas, który od czasu do czasu lubi sobie coś dodać, żeby ubarwić wspomnienie. Ale w tym ich cały urok, czyż nie?

Osobna sprawa to znakomite uchwycenie mowy jaką posługiwali się warszawiacy dwudziestolecia. Pamiętam do dziś, jak mój prowadzący zajęcia od kultury języka powiedział nam, że ich wersja języka polskiego jest uważany za najlepszą dotychczasową wersję. Tak czy inaczej, z pewnością była barwna. Ale i bohaterowie Wiecha się o to starają. Przykład:

„Na oko ona faktycznie rzeczywiście z pyska czyli z twarzy wielkiej urody nie wykazuje, dziobata i kurzajkie ma pod lewem okiem, ale wiadomo, że każden jeden zakochany ślepa komenda i ofiara losu bita i kopana się robi i najgorszą cholerę szantrapę można takiemu wtranżolić, a on będzie myślał, że to Smosarska.”*

Tak swą ukochaną opisywał pan Kłos, bohater opowiadania Ofiara recepty. Takich opowiadań jest prawie sto dwadzieścia, a wszystkie opatrzone celną puentą Stefana Wiecheckiego. Idealne do tramwaju, pociągu, na spóźniony urlop czy choćby na miłe spędzenie wieczoru z ciastkiem i herbatką. Oby tylko za ścianą nie ćwiczył nam żaden tenor Hilary ze swoją interpretacją „Odrobiny szczęścia w miłości” (Potęga głosu).

Co jest zdecydowanie dobrym posunięciem ze strony wydawców, to fakt, że na końcu opowiadania znajduje się słowniczek zawierający wyjaśnienia terminów, które wyszły już z użycia, bądź nie są specjalnie popularne. W końcu niewielu z nas już ma dziadków pamiętających lata 30. (mój się wtedy urodził i to pod koniec). I tak dowiedziałam się np., że nara,  słowo którego ja, niewdzięczna studentka, używam żegnając się, to w innym znaczeniu prycza. Hmm. Będę to mieć na uwadze.

Aż żal kończyć zbiór opowiadań Wiecha! W nielicznej liczbie książek magiczny czas międzywojnia został odmalowany tak dokładnie i klimatycznie zarazem. Na pocieszenie dodam, że tomów opowiadań jest 13(!), a także dwa powojenne. I tym razem czwarta strona okładki się nie myli. Są dla wszystkich. Starych i młodych.

Wiech, Czaszka w rondlu, Wydawnictwo vis-a-vis Etiuda, Kraków, 2007.

*Tamże, s. 118


Fiodor Dostojewski, “Białe noce”

Wrzesień 1, 2010

Białe Noce to zbiór opowiadań Dostojewskiego. Zbiór – a raczej zbiorek, bo opowiadania są tylko dwa. Tytułowe Białe Noce i Łagodna.  Tak sobie ten zbiorek leżał na półce ze starymi książkami mamy, leżał, leżał, aż w końcu i na niego przyszedł czas.

Uczucia mam mieszane. Dostojewski kim był, każdy wie. Ja też swego czasu zaliczałam się do ogromnych fanek Zbrodni i Kary (nadal się zaliczam!). I chyba z tego radosnego podniecenia, że oto mam w ręku kolejnego Dostojewskiego zapomniałam, że to w końcu tylko dwa mniej znane opowiadanka. Tylko i aż.

Przez pierwszą historię – Białe Noce -  było mi bardzo trudno przebrnąć.  Opowieść o znajomości dwojga młodych ludzi, mężczyzny i kobiety, którzy poznali się przypadkowo na jednej z petersburskich ulic, jest monotonna i senna. Cała treść zawiera się praktycznie w dywagacjach głównego bohatera na temat marzeń i ich znaczenia w jego życiu. Bardzo zresztą irytujący ten główny bohater.  Marzyciel – typowa postać z  wczesnej twórczości Dostojewskiego, jak zresztą czytamy we wstępie. Dwudziestosześciolatek, który nie odróżnia prawdy od fikcji, naiwny jak dziecko. Nie potrafi właściwie określić czego chce – pomaga Nastusi, ale jednocześnie nagle orientuje się, że w ten sposób odbiera sobie nadzieję… To Nastusia jest tą praktyczniejszą. Mimo własnej skłonności do fantazj, potrafi przewidzieć, że ich losy, bez względu na obrót spraw, skomplikują się do tego stopnia, że niemożliwe będzie szczęśliwe zakończenie.

Z pewnym zdezorientowaniem i rozdrażnieniem wzięłam się za drugie opowiadanie. Na szczęście Łagodna mile mnie rozczarowała. Punktem wyjścia jest samobójstwo młodziutkiej żony zamożnego lichwiarza. Ów, w stanie wzburzenia i szoku, próbuje stworzyć ciąg przyczynowo-skutkowy, który doprowadził do tego zdarzenia. I to jak Dostojewski opisał to odtwarzanie sekwencji wydarzeń, jest niesamowite; stylizacja wypowiedzi narratora na słowotok osoby będącej pod silnym wpływem emocji sprawia, że opowieść czyta się jednym tchem. Lichwiarz kolejno odsłania przed nami kolejne etapy historii swojego małżeństwa; im głębiej wchodzi, tym bardziej historia ta wydaje się ponura. Przejmująca opowieść o szesnastolatce, która, aby uciec przed jednym domowym piekłem wpakowała się w drugie, nie pozostawia obojętnym. Główny bohater próbuje się tłumaczyć, ale czytelnik ma wrażenie, że pogrąża się jeszcze bardziej.  Stara się wmówić sobie, że przecież chciał dobrze, ale jednocześnie uświadamia sobie swój destrukcyjny wpływ na psychikę żony. Subtelnie opisane skomplikowane relacje między dwojgiem tych ludzi, rozpaczliwa walka tychże o dominację to bez wątpienia atuty tego opowiadania. W miarę dochodzenia do finału narrator wie już, że odpowiedzialność spoczywa na nim bez względu na jego intencje; to przyprawia go o rozpacz. A jednak ciągle poszukuje także winy w niej…

To kolejna cecha, która plasuje Łagodną wyżej niż Białe Noce – bohaterowie nie są ani jednowymiarowi ani łatwi do rozszyfrowania. Bo kto tak naprawdę jest winny śmierci Łagodnej? Mąż? Ona sama? Czy bieg wydarzeń? A może wszystko naraz? Na to pytanie czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam.

Białe Noce powstały w latach czterdziestych XIX wieku, a wielkie dzieła Dostojewskiego, takie jak Zbrodnia i Kara – dopiero w latach sześćdziesiątych. I to widać czytając te opowiadania. Mimo to, warto zajrzeć – choćby po to, żeby wiedzieć jak pisał młody Fiodor, zanim stworzył potężną część kanonu rosyjskiej i światowej literatury.

P.S. Nawiasem mówiąc, książkę kupiła moja matka dwadzieścia kilka lat temu, gdyż była przekonana, że to jakiś…romans. Dostojewski! Sic!

Fiodor Dostojewski, Białe Noce, Książka i Wiedza, 1986. w tłumaczeniu: W. Broniewskiego i G. Krskiego.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.