Amelie Nothomb, „Peplum”.

Kiedy teraz myślę o Nothomb, nasuwa mi się stwierdzenie, że to jedna z moich ulubionych pisarek. Serio, a nawet jeśli nie jedna z ulubionych, to jedna z najczęściej czytanych. „Peplum” to książka w moim odczuciu może trochę słabsza od wcześniej czytanego „Słownika imion własnych”, a jednak  i tak warto ją przeczytać. Choćby po to, żeby pozazdrościć pani Amelie kreatywności.

A jest czego zazdrościć. Bohaterka Nothomb – czyli tym razem ona sama – podczas towarzyskiego spotkania wysnuwa tezę, że wybuch wulkanu, który zalał Pompeje, został wywołany przez interwencję ludzi…z przyszłości.  Nie mija wiele czasu, a w wyniku nieoczekiwanych zdarzeń zostaje przeniesiona do XXVI wieku gdzie okazuje się, że przypadkiem powiedziała prawdę. W celu uzyskania możliwości powrotu do domu podejmuje z opiekującym się nią Celsjuszem potyczkę słowną, która ma udowodnić, że to JEJ pogląd na świat i życie są właściwie. Znając Nothomb, nietrudno domyślić się kto wygra.

Tocząca się przez ponad sto stron dyskusja może znudzić i uprzedzam o tym, żeby nie było bólu. Zarówno bohaterka Nothomb jak i Celsjusz prześcigają się w górnolotnych argumentach na poparcie swoich tez co do Pompejów, moralności, urody, postępowania, a nawet codziennego ubioru. Argumentach takich, że przeciętnego czytelnika może rozboleć głowa. Jednak wytrzymałam. Co więcej, dość mi się podobała ta wymiana zdań, bo była żywa, okraszona soczystymi epitetami (głównie na temat bohaterki płci żeńskiej), no i nie było jak przerwać, bo dialog nie dzieli się na rozdziały. Szczęściem, autobus linii 506 ma długą trasę, więc nawet podróż, która wypadła mi w międzyczasie, nie oderwała mnie od tej, bądź co bądź, interesującej książeczki.

Z pewnością nie jest to najlepsza powieść Nothomb, ale i nienajgorsza („Tak wyszło”, sic!), a sam pomysł na fabułę wydaje się dosyć oryginalny. No i warto stwierdzić, kto będzie denerwował nas bardziej: alter ego belgijskiej pisarki czy bubek z XXVI wieku…

Amelie Nothomb, Peplum, Wydawnictwo Muza, 2003, przekład: Joanna Polachowska.

(Notkę opatrzyłam zdjęciem zagranicznego wydania – jak to zwykle bywa, lepszym.)

Reklamy