Nie każdy rebeliant jest godny podziwu (Johanna Nilsson, „Rebeliantka o zmarzniętych stopach).

Przy czytaniu „Rebeliantki o zmarzniętych stopach” Johanny Nilsson doświadczyłam uczuć wręcz skrajnych i co najmniej różnych: zadowolenia, zaciekawienia, irytacji, złości, znużenia i wręcz wściekłości. Ta niepozorna książeczka (która jednak robi wrażenie na blogach krytycznoliterackich, jak widzę), którą czytałam a) na wydziale b) w akademiku c) w metrze, stała się dla mnie swego rodzaju orzechem do opiniotwórczego zgryzienia. A czemu, już wyjaśniam.

Nilsson, jak zapewne jej dotychczasowi czytelnicy się zgodzą, jest ewenementem na skandynawskiej scenie wydawniczej. O ile pisarki z tamtego regionu kojarzone są jako depresyjne, tworzące z mocnym, ciężkim ładunkiem emocjonalnym, o tyle pani Johanna stworzyła powieść mimo wszystką dosyć lekką. Właściwie, to nie wiem czy „lekka” jest odpowiednim słowem, bo Stella, główna bohaterka „Rebeliantki…” takiego znów słodkiego życia nie ma. Sęk tkwi w tym jak do tego podchodzi.

Stella studiuje na sztokholmskim odpowiedniku pewnej popularnej warszawskiej uczelni ekonomicznej. Przynajmniej kiedy poznawałam jej perypetie, ciągle stała mi przed oczami postać jednej z moich dawnej współlokatorek, studentki ekonomii właśnie. Ciągle też zapominam polecić jej tę książkę – bo zdaje się, że na całym świecie uczelnie ekonomiczne wyglądają tak samo. Stella ciągle zadaje sobie pytanie o wartość tego, czego o czym się uczy – o materializm. Co gorsza, dochodzi do wniosku, że to ona patrzy trzeźwo, a świat pędzi a czymś co złudne i ulotne. Konfrontacja  z tą myślą wbrew pozorom, nie przychodzi jej łatwo.

Muszę przyznać, że czytając wynurzenia Stelli, nierzadko miałam wrażenie, że spostrzeżenia jej są słuszne. I to wszystko zapisałabym na plus tej powieści, a także jako plus umieściłabym tu samą „skandynawskość” książki – niewiele jej jest, ale jednak; mamy motyw choroby głównej bohaterki, subtelnie zarysowane relacje z babcią i typową dla pisarek szwedzkich czy norweskich* oszczędną narrację. Pytanie tylko czy to wystarczy, bo minusów niestety też trochę jest.

Odniosłam wrażenie, że poziom fabuły drastycznie się obniżył kiedy Stellę porzucił Lukas. Jej dywagacje i wpadanie w coś, co Ania Shirley nazwałaby zapewne „otchłanią rozpaczy” wyglądałyby pewnie dość naturalnie u siedemnastolatki, ale nie u kobiety dorosłej. Stella jest na swój sposób kobietą niedojrzałą – ale stworzony przez Johannę Nilsson portret psychologiczny dość pobieżnie tłumaczy jak do tego doszło. W efekcie dostajemy irytującą dwudziestopięciolatkę z wnętrzem siedemnastki, która, o ironio, zaczyna popełniać same głupstwa. Spotkanie z bezdomnymi? Kradzież jaszczurki? Jakoś to nie pasuje do Stelli, grzecznej wnuczki i pilnej studentki. Reszta postaci – skaczący z dachu Lukas czy impulsywna Karolina Valentin – też nie wygląda zbyt wiarygodnie. Co mnie dodatkowo rozdrażniło, to to, że z zagubioną, skłonną do przemyśleń Stellą miałam ochotę się nawet identyfikować. Tymczasem jeśli mam się przerodzić w Stellę-rebeliantkę, to….brrr!

Gdyby bohaterowie byli młodsi o te parę lat – byłaby to dobra powieść młodzieżowa. Choć uważam, że i tak  zakończenie (naturalnie nie napiszę jakie) „wspomaga” nieco wartość książki. Nic na to nie poradzę – wolę typową prozę północną. Żądam depresyjnych, mrocznych Skandynawów! A Nilsson może kiedyś coś jeszcze przeczytam – ale nieprędko, bo jak „zaczytałam” na zaprzyjaźnionych blogach, „Rebeliantka o zmarzniętych stopach” to ponoć jej najlepsze dzieło.

*Swoją drogą, chętnie przeczytałabym jakąś powieść duńską!

Johanna Nilsson, Rebeliantka o zmarzniętych stopach,  Fundacja Szwedzka, 2004, w tłumaczeniu: Pawła Pollaka.

Reklamy