„kryminał” nie równa się „zły” czyli Henning Mankell i „Fałszywy trop”

Właściwie, to lubię kryminały. Sęk w tym, że czytając je, czuję się trochę winna. No bo jak to? Tyle porządnych lektur czeka w stosikach (w tym Dumas i Shakespeare, którego zresztą uwielbiam), a ja tracę czas na książki, które, nie dość, że czyta się tylko raz, to jeszcze z reguły nic po sobie nie pozostawiają. A jednak skusiłam się na „Fałszywy trop” Henniga Mankella i mówiąc krótko – nie żałuję.

Intryga, jak to intryga. Parę trupów i efektowne samospalenie się na oczach głównego bohatera – prowadzącego śledztwo komisarza Wallandera. Czytelnik dość szybko dowiaduje się kto zabił, ale i nie o zgadywanki tu chodzi, tylko o podążanie – z zapartym tchem – za akcją. A jest zaiste wciągająca, jak kresowe bagna, jak czarna dziura, jak otwarty i pozostawiony na stole słoik z Nutellą… żarty żartami, ale trudno jest napisać dobry kryminał, w którym czytelnik wie kto popełnił zbrodnię, a i tak nie może oderwać się od lektury. Duża w tym zasługa głównego bohatera, bo Wallander jest postacią bardzo ludzką. Ludzką i popełniająca błędy, jak każdy normalny śledczy. Choć i tak wolę komisarza Zawadę;)

Dodatkowym atutem książki jest coś, co ja nazywam „skandynawskością”. Senny klimat Ystad, z którego, w sumie, bliżej jest do Kopenhagi niż do Sztokholmu (co zamierzam niedługo naocznie sprawdzić), z pewnością spodoba się zagorzałym fanom północnej literatury. Ponadto książka zawiera wiele cennych spostrzeżeń na temat kondycji szwedzkiego społeczeństwa, które to spostrzeżenia wcale takie różowe nie są. Sam Wallander zresztą też nie ma lekkiego i słodkiego życia, o czym przekonać się można łatwo już po pierwszych rozdziałach powieści.

Podsumowując, czas spędzony na czytaniu tej cegły (460 stron), z pewnością stracony nie będzie. Czyta się samo, a i zastanowić się jest nad czym. Polecam.

Henning Mankell, Fałszywy trop, Wydawnictwo W.A.B., 2005, w tłumaczeniu: Haliny Thylwe.

Reklamy