Kryminał wybitnie skandynawski. “Studio Sex”.

Luty 23, 2012

“Studio Sex” Lizy Marklund to kryminał typowo skandynawski. Gruby, kilkusetstronicowy i wciągający jak diabli.

Annika jest młodą praktykantką w sztokholmskiej gazecie. Za wszelką cenę stara się wykazać, choć nie jest to proste. Nagle, jak z nieba spada jej temat: zabójstwo dziewiętnastolatki. Zwłoki znaleziono na cmentarzu. Okazuje się, że dziewczyna pracowała w nocnym klubie…

Annika krok po kroku rozpracowuje intrygę. Tym razem, zamiast typowego kryminału policyjnego (jak na przykład Mankellowska seria o komisarzu Wallanderze) obserwujemy rozwój wydarzeń okiem dziennikarza. Nierzadko zastanawiamy się czy Annika postępuje etycznie, wydobywając najbardziej prywatne informacje o zmarłej Josefine. Reporterka w swojej dociekliwości nierzadko przewyższa policję.

Liza Marklund zgrabnie trzyma w napięciu przez kolejne strony.  Książkę wręcz połyka się, oczekując dalszych wydarzeń. Zakończenie zwala z nóg…ale, no właśnie, nie tłumaczy wszystkiego.  To zdecydowany minus powieści. Poza tym, bez zarzutu.

Liza Marklund, Studio Sex, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, 2010


Młodość, miłość, przyjaźń i kolory. “Biała jak mleko, czerwona jak krew”

Luty 17, 2012

Debiut prozatorski Alessandro d’Avenii zasługuje na zauważenie. Bez dwóch zdań

Leo to bezczelny szesnastolatek. Ma kumpla Nico, ukochaną przyjaciółkę Silvię, problemy z rodzicami i sekretną miłość – przepiękną rudowłosą Beatrice. Z tym, że Beatrice na razie go nie zauważa, ale co tam. Leo jest pewny, że wkrótce ją zdobędzie. Beatrice kojarzy mu się z czerwienią – kolorem miłości i namiętności. Zresztą nie tylko jej przypisuje jakiś kolor. Silvia na przykład, jest błękitem. Spokojnym i pogodnym jak morze w spokojny dzień. Dobra, kochana przyjaciółka wyciągająca go ze wszystkich kłopotów. Leo nienawidzi zaś bieli – dla niego to kolor śmierci i pustki. Ironia losu jest straszna – wkrótce okazuje się, że Beatrice choruje na białaczkę…

Może to dziwnie zabrzmi po takim wstępie, ale książkę czyta się z zapartym tchem, niczym dobry kryminał. Po prostu trudno się oderwać! Wzajemne zależności między Silvią, Beatrice i Leo są pokomplikowane i nie mogą skończyć się dobrze dla każdej ze stron. Chwilami denerwujemy się na Leo – zdaje się infantylny, no ale w końcu to tylko szesnastolatek. Mam zresztą wrażenie, że powieść pisana była dla czytelników mniej więcej w takim wieku. Nie zmienia to jednak faktu, że spokojnie może zainteresować i starszych czytelników – nazwanie jej nową “Love Story” wcale nie było na wyrost! Pod pewnymi względami przypomina mi ona inny włoski hit wydawniczy ostatnich lat – “Samotność liczb pierwszych” Paolo Giordano.  Podobne dotykanie emocji, subtelny język, cenne spostrzeżenia. Obserwujemy dorastanie chłopca, który pod wpływem miłości dowiaduje się, że…no właśnie, że miłość nie zawsze jest prosta i oczywista.  Piękna pozycja, w dodatku pięknie wydana. Warto przeczytać, warto mieć na własność.

P.S. Ze względu, że to debiut autora, wybaczam mu kilka rażących i niezręcznych zwrotów, np. “pasujemy do siebie jak dwa kawałki drewna” [sic!]

 

 

Alessandro d’Avenia, Biała jak mleko, czerwona jak krew, Znak, Kraków 2011, przekład: Alina Pawłowska.


Noc jest dziewicą w Limie (Jaime Bayly, “Noc jest dziewicą”)

Marzec 20, 2011

Tzw. literatura gejowska, czyli tworzona przez gejów i dla gejów, nie jest mi obca, odkąd ponad trzy lata temu przeczytałam znakomitą (przynajmniej w swojej kategorii) książkę Augustena Burroughsa Biegając z nożyczkami. A później sięgnęłam po nie mniej dobrą drugą część czyli Spragnionego. Sęk w tym, że żadna następna powieść z tego nurtu nie okazała się już dobra, co więcej: wszystkie były dość wtórne, opowiadały o podobnych problemach, miały niemal identycznych bohaterów i to ten sam styl poczucia humoru, który zaczynał po jakimś czasie męczyć. Noc jest dziewicą niestety także posiada te cechy, ale i tak warto jej się przyjrzeć, gdyż z pewnych powodów jest to jednak lektura frapująca.

Gabriel to prezenter telewizyjny. Ma swój własny show, całe Peru go uwielbia, a Gabriel o tym wie i tego nienawidzi. Nie przeszkadza mu to jednak spędzać wieczorów w klubach i knajpach, gdzie wciąga kokę, piję koka kolę (Gabriel nie cierpi pijaństwa) i ogólnie zabawia się z chłopcami i co ładniejszymi dziewczętami z Limy.

No właśnie: wszystko byłoby dobrze gdyby Gabriel nie był gejem. Gabriel, owszem, jest gejem i musi uważać, żeby to się nie wydało, ale w sumie aż tak mu to nie przeszkadza. Gorzej, że któregoś dnia poznaje Mariana, muzyka rockowego i zakochuje się bez pamięci. A wtedy wypadki zaczynają toczyć się lawinowo.

Po przeczytaniu notki na skrzydełku książki zastanawiałam się ile w powieści jest z samego Bayly. W końcu on tez miał swój program i tez znany był tam z ciętego języka. Gabriel bowiem ironii nie szczędzi nikomu poza Marianem (któremu z kolei nie szczędzi pochwał): matce, ojcu, przechodniom na ulicy, wszystkim mieszkańców stolicy, a przede wszystkim sobie. Chaotyczny język narratora jest momentami trudny do zrozumienia: to typowy słowotok, bez kropek, mówienie bez końca i o wszystkim naraz. Nie jest to oczywiście wada powieści; mamy wrażenie, że słuchamy wyjątkowego, zajmującego gaduły, ale wiem, że niektórych ten typ narracji nuży. Język wystylizowany jest na mowę potoczną i zdarzają się wulgaryzmy, ale jednak niezbyt dużo, a może po prostu nie rażą?  Jakoś wciąga ten kolorowy, zakręcony świat, niby egzotyczny, a jednak nie taki znowu niepodobny. Świat, którym Gabriel z jednej strony gardzi, a do którego chciałby mimo wszystko powrócić.

Osobna bohaterką tej książki jest Lima. Miasto ostaje przedstawione z delikatnie mówiąc, najgorszej strony, co od razu wyzwoliło we mnie chęć pojechania tam. Zresztą czytelnik szybko może dostrzec podobieństwa między tą stolicą o wyjątkowo ładnej nazwie, a Warszawą: brudna, szara, pełna żebraków i w  ogóle nie da się żyć, a jednak się za nią tęskni. Zresztą wydaje mi się, że to cecha wspólna pisarzy słowiańskich i latynoamerykańskich: opisywanie swoich miast bezwzględnie i bez zbytnich czułości, a jednocześnie z ogromną nostalgią. Ale to już taka dygresja. W każdym bądź razie, Lima jest ciekawsza niż Gabriel i po lekturze tej powieści albo nie chce się z nią mieć nic wspólnego, albo chce tam lecieć pierwszym samolotem.

Skłamię, jeśli napiszę, że przygody wiecznie naćpanego prezentera peruwiańskiej telewizji jakoś szczególnie mnie porwały. Nie porwały, bo czytałam takich książek wiele. Co nie zmienia faktu, że wydana w latach dziewięćdziesiątych książka Bayly zapewne była pionierką. Klasyk gatunku. I chyba dlatego warto ją przeczytać, zwłaszcza jeśli z taką prozą nie miało się do czynienia (uprzedzam antyfanów realizmu magicznego, że mogą sięgnąć po nią spokojnie – nie, nic z tych rzeczy). No, a drugim powodem dla którego warto zapoznać się z tym różowym wydawnictwem jest sam bohater – niby wulgarny, a jednak wrażliwy, niby typowy, a jednak czasem zabawny, momentami naiwny i wesoły jak dziecko. Jakoś wzbudza sympatię ten Gabriel Barrios. I może choćby dlatego warto przeczytać.

Jaime Bayly, Noc jest dziewicą, Wydawnictwo muchaniesiada.com, 2007, przekład: Tomasz Pindel


Małe cudo. Francoise Sagan, “Witaj smutku”.

Grudzień 2, 2010

Witaj smutku to powieść niezwykła.  Niezwykła przez , paradoksalnie, swoją zwykłość.  Trudno nazwać tę fabułę odkrywczą; a jednak po przeczytaniu nietrudno zgadnąć czemu Saganka została dzięki tej malutkiej książeczce megagwiazdą literatury. Jest w niej coś co nie tylko porusza, ale dosłownie potrząsa człowiekiem. I to nie dzięki temu CO napisane, ale JAK napisane.

Główną bohaterką jest zwyczajna siedemnastolatka, Cecylia. Dziewczyna wychowuje się bez matki.  Po skończeniu szkoły z internatem, pomieszkuje u ojca, z którym ma zresztą osobliwy kontakt. Traktują się raczej jak rodzeństwo: i to nie Cecylia jest dojrzałą, młodą damą, tylko tatuś szalonym bawidamkiem.  Razem bawią się w modnych lokalach, Cecylia patrzy przez palce na jego romanse, a on – na jej pociąg do nocnych zabaw.  Ogólnie, wzór miłości córczyno-ojcowskiej. Razem spędzają też wakacje i oto właśnie przybywają- wraz z młodziutką kochanką ojca- na Lazurowe Wybrzeże, żeby oddać się bezmyślnemu, sielskiemu wypoczynkowi na plaży i w wodzie. Cecylia szybko poznaje adoratora, który umila jej życie i czas upływa bohaterom szalenie przyjemnie. Do momentu, w którym zjawia się Anna Larsen- przyjaciółka dawno zmarłej matki dziewczyny. Od tej pory wszystko ulega gwałtownej zmianie, losy wszystkich wczasowiczów komplikują się, a Cecylia, próbując opanować sytuację, sprawia, że…no właśnie, przeczytajcie sami.

Na początku wściekałam się, że wydawca, nieładnie mówiąc, walnął na tylnej okładce zapowiedź katastrofy, która rozegra się wśród malowniczych krajobrazów południowej Francji. Kiedy jednak zaczęłam czytać, zorientowałam się, że widmo tragedii „wisi” nad akcją już od pierwszych kartek: duszny, dziwnie napięty nastrój pomimo pięknych plenerów i pozornie sucha, informacyjna narracja Sagan, sprawiają, że czytelnikowi udziela się dziwny niepokój. Tej książki nie czyta się, żeby dowiedzieć się jak się skończy- tę książkę czyta się, żeby zobaczyć kto jest temu winny tego jak się zakończyła. I tu niespodzianka: myślę, że odpowiedzi jest tyle, ile czytelników. Portrety psychologiczne są tak skonstruowane, a wzajemne relacje tak skomplikowane, że trudno powiedzieć kto ponosi odpowiedzialność i czy w ogóle ktoś ją ponosi. Francoise Sagan mistrzowsko wnika w tajniki osobowości człowieka: u niej nikt nie jest czarny ani biały, a każde jego działanie ma swoje zalety i wady. Sprawia, że czytelnik obserwuje jak  jedno wydarzenie zmienia losy wszystkich obecnych, a potem pozostawia wstrząśniętego i rozbitego zakończeniem. Zakończeniem, które daje więcej pytań niż odpowiedzi. I może to jest największa zaleta powieści niespełna dziewiętnastoletniej Saganki.

P.S.  Wiersz umieszczony na początku książki- idealnie wpasowuje się w klimat!

Witaj smutku, Francoise Sagan, Wydawnictwo Iskry, Warszawa, 1990, tłumaczenie: Anna Gostyńska, Jadwiga Olędzka. [Zdjęcie umieszczone w poście to okładka wydawnictwa Książnica, wydanie bodajże z 2005 roku]


On, ona, i ta trzecia. Francoise Sagan, “Zbłąkane odbicie”.

Listopad 8, 2010

Jest wiele rzeczy w literackim świecie, których nie mogę zrozumieć. Dlaczego w Polsce mało kto z młodych ludzi czyta literaturę iberoamerykańską? Dlaczego książki z każdym rokiem drożeją? I dlaczego do licha, nikt nie wznawia powieści Francoise Sagan, nie mówiąc już o przełożeniu tych, które po polsku jeszcze nie zostały wydane?

Pamiętam kiedy pierwszy raz zetknęłam się z ta pisarką: było to przy okazji Pewnego uśmiechu (notabene według mnie najsłabszej powieści pisarki, jaką dane mi było przeczytać). Pamiętam, że pozostawił mnie on w stanie konsternacji. Krótkie to, fabuła krótka i przewidywalna, a sam styl pisania prosty i suchy. Z drugiej strony, było w tej książce coś, co nie dawało się zapomnieć; dosyć długo o niej myślałam i sama nie wiedziałam czemu. Dopiero przy lekturze Znużonego wojną zrozumiałam co to jest: to niesamowita głębia portretu psychologicznego każdej z postaci. Ludzi w gruncie rzeczy takich jak my, podejmujących podobne wybory, a jednak przedstawionych w taki sposób, że w gruncie rzeczy trudno nam oceniać ich decyzje, boleśnie czując, że my moglibyśmy znaleźć się w takiej samej sytuacji. I wiedząc, że niekoniecznie postąpilibyśmy tak jak chcemy.

Mniej więcej i takie osoby znajdują się w Zbłąkanym odbiciu. Oto fabuła najprostsza na świecie: on, ona i ta trzecia. Tyle, że tym razem to nie żona jest stara i brzydka, a kochanka młoda i piękna, a dokładnie na odwrót. Co więc kieruje Francoisem? Prawdziwa miłość? Przecież twierdzi, że kocha Sybille. Chęć manipulacji kochanką w celu pomocy przy wystawieniu sztuki, o czym marzy jego ukochana? W gruncie rzeczy tak to sobie tłumaczy. Właściwie to on sam nie bardzo wie, a w pewnym momencie musi przyznać, że sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. I nawet on nie wie co o sobie sądzić.

Bohaterowie Sagan nie są jednoznaczni, ale szczerze mówiąc, trudno lubić Francoisa. Według siebie samego, jest szczerze zakochany w Sybille, a jego miłość objawia się m.in. tym, że zdradzając ją, zawsze pilnuje aby fakt ten do niej nie trafił i nie zranił przypadkiem jej wrażliwego serduszka. Zresztą to typowa cecha mężczyzn w powieściach Francuzki – z książek, które czytałam, tylko w Pewnym uśmiechu zdradzała kobieta. Zresztą zdrada jest tematem, który autorka pilnie i wnikliwie drąży, ale nigdy nie określa jej jako jednoznacznie złej i krzywdzącej,; ocenę zostawia czytelnikom.  Być może jest to nieco przewrotna strategia, bowiem Saganka buduje fabułę tak aby była jak najbardziej przewidywalna, a co za tym idzie, żeby była jak najbardziej zbliżona do przeżyć zwykłego człowieka, w tym, jej czytelnika. Dochodzi więc do paradoksu: czytelnik ocenia sam siebie. Pisarka nigdy tego nie robi, ale da się też zauważyć, że żadne kłamstwo, żadna manipulacja i żadne ukryte przestępstwo – bez względu na to jakie okoliczności łagodzące można zastosować względem bohaterów jej powieści –  nie uchodzi jej bohaterom płazem, a przynajmniej nie w Zbłąkanym odbiciu. Od samego początku Francois przeczuwa jak tym razem skończy się ta historia. Jest zbrodnia, jest kara. Czy raczej, jakby sprostowała Francoise Sagan, jest wydarzenie – jest jego konsekwencja. Naturalna kolej rzeczy. Czy nie można było tego przewidzieć wcześniej? Można było. Dlaczego więc sytuacja potoczyła się tak, a nie inaczej? To już zagwozdka dla czytelnika.

Jedyne czego mi zabrakło w tej powieści, to urozmaicenia postaci Sybille, która przy Francoisie wypada wręcz blado. Z drugiej strony to uwydatnia przewrotność postępowania bohatera, a jego zachowanie wydaje się jeszcze bardziej zastanawiające. Na swój sposób książka Francuzki, pod swoim prostym, suchym, informacyjnym wręcz stylem, skrywa niepokój i ból. Tak, ból, ponieważ pierwsze co przychodzi do głowy po odłożeniu Zbłąkanego odbicia, to ile takich Sybille, Mon i przede wszystkich – Francoisów znamy w realnym życiu?

Francoise Sagan, Zbłąkane odbicie, Wydawnictwo BEJ Service, Warszawa, 1997, przekład: Barbara Walicka

P.S. OBLEŚNA okładka, OBLEŚNA.


Psychologia z dreszczykiem. Jarosław Iwaszkiewicz, Matka Joanna od Aniołów

Listopad 8, 2010

Matkę Joannę od Aniołów chciałam przeczytać od dawna. Przeczytać, a następnie zobaczyć słynny film na jej podstawie, którzy jedni oceniają jako znakomity (krytycy filmowi), a drudzy jako dowcipny (moja siostra). Nie zmienia to faktu, że z reguły zaczynam od książki i tak też zrobiłam tym razem, a pomogło mi w tym wznowienie tej powieści przez Wydawnictwo Znak. No to ją sobie sprawiłam. I przeczytałam.

Niektórzy klasyfikują Matkę Joannę… jako horror psychologiczny. Ja bym raczej określiła jej fabułę jako psychologiczną sensację. Bo też jest ona na swój sposób sensacyjna. Jest wiek XVII. Ksiądz Suryn, egzorcysta, zostaje wysłany do Ludynia na ziemi smoleńskiej (która nawiasem mówiąc, jest w książce odmalowana jako miejsce gdzie nomen-omen diabeł mówi dobranoc i zniechęca do udania się tam każdego) aby zająć się tam sprawą niezwykłego opętania zakonnic z klasztoru. Opętane zostają wszystkie urszulanki – oprócz jednej, co już samo w sobie jest zagadkowe; największe zaś opętanie dotyka Matkę Przełożoną, siostrę Joannę od Aniołów. Na miejscu okazuje się, że sprawa nie jest taka prosta, nie o wszystkim mówi się oficjalnie, a co gorsza, wszystko nabiera coraz bardziej podejrzanego charakteru. Jednak ksiądz Suryn nie poddaje się. Przeciwnie, będzie za wszelką cenę starał się pomóc zakonnicom i jednocześnie szukał rozwiązania zagadki niezłomnie jak mój ulubiony komisarz Zawada. Dobra, a teraz na poważnie.

Opowiadanie Iwaszkiewicza wciąga. Nie da się ukryć, że trudno się od niego oderwać. Ogromny plus za budowę portretu psychologicznego księdza Suryna – jest bezapelacyjnie dobry. Zresztą, wszystkie osoby, które przewijają się przez książkę mają swój charakter, choć są albo antypatyczne (Wołodkowic), albo dziwne (Kaziuk), albo budzą lęk (Cyganka).  Na domiar złego, otoczenie też jest co najmniej przygnębiające, a to wszystko to wzbudza w czytelniku efekt wyraźnego niepokoju albo nawet grozy. Zwłaszcza jeśli czyta tak jak ja, przy samej nocnej lampce.

Szkoda, że ze względu na wrodzoną niechęć do spoilerów, nie mogę tu napisać o zakończeniu, gdyż jest ono chyba najciekawsze i najbardziej frapujące. Powiem tylko, że nie jest jednoznaczne, a osoby, które przez całe sto stron niecierpliwiły się czekając na „ten kunszt Iwaszkiewicza” wreszcie się go doczekają. Matka Joanna od Aniołów pozostawia po sobie specyficzny dreszczyk emocji; a zawsze miło gdy taki dreszczyk wywołuje dobra książka. Zdecydowanie warto, oprócz zobaczenia filmu, zapoznać się i z książkową wersją historii o opętaniu w Ludyniu. Nawiasem mówiąc, powieść nawiązuje do prawdziwych zdarzeń: opętania we francuskim Loudun. Ten fakt też może nieco zwiększyć ciarki na plecach gdy będziemy z zapartym tchem śledzić losy ojca Suryna i spółki…

 

Matka Joanna od Aniołów, Jarosław Iwaszkiewicz, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2010


Świat dorastających dziewczynek. Raymond Queneau, “Dzieła zebrane Sally Mary”

Listopad 6, 2010

Do Dzieł zebranych Sally Mary podeszłam nader ostrożnie. Fani Raymonda Queneau ostrzegali bowiem na różnych portalach literackich, że jest to książka specyficzna nawet jak na tego pisarza i nie każdemu wielbicielowi Zazie w metrze czy Ćwiczeń stylistycznych przypadnie do gustu. Nie mylili się, bo zbiór jest rzeczywiście inny. Ale jednocześnie w niczym im nie ustępuje, a wyrobiony czytelnik na pewno go doceni.

Dzieła zebrane Sally Mary zawierają Dziennik Intymny, Kobietom zawsze okazujemy zbyt wiele dobroci i Sally coraz intymniej. Wszystko to Queneau wydał pod pseudonimem Sally Mara. I chociaż każda z tych części traktuje o czymś innym (celowo używam słowa „części”, bo Sally coraz intymniej trudno nazwać odrębną powieścią, tak jak to można zrobić w przypadku dwóch pozostałych), to wszystkie są ze sobą powiązane. Bohaterka Dziennika Intymnego to sama Sally Mara, która głosi wszem i wobec, że napisze powieść po irlandzku; powieść, której akcja będzie działa się podczas powstania wielkanocnego w Irlandii. Nieprzypadkowo wybrała tę datę: jest to bowiem dzień jej urodzin. Co więcej, młoda panienka Sally pisze swój dziennik po francusku, w hołdzie dla nauczyciela tego języka w którym to nauczycielu była niewyobrażalnie wręcz zakochana. Powieść jednak ma zostać napisana w języku irlandzkim, na którego lekcje pilnie uczęszcza. Nie ma też zresztą nic poza tym do roboty: nie pisze wierszy jak jej brat, nie uczy się nazw wysp z całego świata, żeby zostać urzędniczką na poczcie jak jej siostra i nie czeka jak jej matka na ojca, który wiele lat temu wyszedł z domu na zakupy i jakoś nie wrócił. Każdy, nawet największy konflikt, ta wesoła rodzinka rozwiązuje przy pomocy łiski (pisownia oryginalna), a kiedy problemy się spiętrzą…trzeba wypić więcej łiski! A problemów jest mnóstwo. Sally i jej siostra próbują bezskutecznie rozwikłać znaczenie słowa „kompleks” znalezionego w pozostawionej przez nauczyciela francuskiego książce, brat uwikłał się w podejrzany romans, a mama jest, cóż, trochę przygłupia. Do tego wraca tatuś, ale… Dodam tylko, że wiele kręci się wokół inicjacji seksualnej obydwu dziewcząt, pojawia się też wątek mroczny (niech się Zmierzch chowa!). No, jeśli nie mroczny, to na pewno czarno-komediowy. A Sally udaje się napisać w końcu własną powieść, Kobietom zawsze okazujemy zbyt wiele dobroci, o perypetiach urzędniczki pocztowej, która podczas powstania wielkanocnego przypadkowo zostaje uwięziona w twierdzy rebeliantów. I ta powieść jest drugą częścią Dzieł zebranych Sally Mary, już nie tak dobrą i dowcipną, ale wciąż przewrotną i pełną lapsusów słownych, z wielce pouczającym morałem.

Osobną częścią jest Sally coraz intymniej. To nie powieść, a jedynie kilkustronicowa gra słowna autora z czytelnikami, i pomimo mojej nie tak dobrej znajomości rodzimego języka autora, aż żałuję, że nie dane mi było zobaczyć jej w oryginale. Mimo to, przekład spisuje się pysznie, a jest on zasługą Jana Gondowicza, Hanny Tygielskiej i Anny Wasilewskiej. Sally coraz intymniej jest dobrym zakończeniem tego tomu, kolejnym potwierdzeniem znakomitej wręcz umiejętności zabawy słowem niepokornego Raymonda Quenenau.

Kiedyś, a konkretnie tuż po wydaniu, powieści sygnowane nazwiskiem Sally Mary zostały uznane za książki pornograficzne.  Jednak realia się zmieniły. Sally nie ma lat dwunastu jak Lolita, ma osiemnaście, a i scen stricte seksualnych jest jak na lekarstwo i są raczej łagodne.  Z pewnością jednak nie zmienił się odbiór frywolnego humoru Queneau; jest on najwyższej próby; przypomina trochę Rolanda Topora, choć ten jest zdecydowanie bardziej makabryczny.

Ale i tak wszystko to jest tylko tłem dla języka.

Queneau kocha język i kocha się nim bawić. Karkołomne zabawy słowne, podwójny sens, ukryte znaczenia, rymy, przekręcanie wyrazów to jego żywioł. Trudno znaleźć lepszego od niego w tej dziedzinie. Doceni to nawet ktoś, kto większą uwagę przykłada do akcji i fabuły niż konstrukcji zdań i akapitów. Proza Francuza jest wyszlifowana w najdrobniejszym stopniu (ba! Ten autor uwielbiał matematykę). Mówiąc krótko: jest niesamowity.

Polecam Dzieła zebrane Sally Mary każdemu kto lubi dobry dowcip i fascynujące gry słowne. Polecam każdemu, kto lubi bohaterki w stylu Toporowskiej Księżniczki Anginy i Małej Mi Jansson. Od czasu Przygód Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla niewiele jest książek o dorastających dziewczętach, których to dziewcząt nie ma się ochoty zamordować. Raymond Queneau umie takie pisać.

 

Dzieła zebrane Sally Mary, Raymond Queneau, PIW, Warszawa, 2003, przekład: Jan Gondowicz, Hanna Tygielska, Anna Wasilewska


Krucha jak szkło, ostra jak nóż. Majgull Axelsson, “Lód i woda, woda i lód”.

Październik 17, 2010

Majgull Axelsson ma to do siebie, że jej książek się nie zapomina. Każda wpija się w mózg boleśnie, a  bohaterowie potrafią niebezpiecznie przypominać  nas samych, jeśli się im dobrze przyjrzymy. Mimo, że jej powieści są do siebie tak podobne, każda w jakiś sposób uderza, porusza i nakłania do zastanowienia. Nie inaczej jest i z nową, dopiero co  wydaną w Polsce, Lód i woda, woda i lód.

Susanne, pisarka, trafia na pokład lodołamacza, gdzie w otoczeniu grupy naukowców, próbuje dojść ze sobą do ładu i dokończyć nową książkę. Sęk w tym, że ktoś regularnie zakłada się do jej kajuty, siejąc tam spustoszenie. W Susanne budzi to lęk. Tylko, że nie jest to jedyny lęk, jaki odczuwa.

Jak zwykle u Axelsson, teraźniejszość służy tylko do postawienia problemu, na który mają odpowiedzieć liczne retrospekcje. Dom Susanne, jej matka,  siostra-bliźniaczka matki i ukochany kuzyn Bjorn – jakie role odegrali w życiu kobiety? Kto popełnił błąd, przez który cierpią wszyscy? Autorka kreśli mistrzowskie portrety psychologiczne każdego członka rodziny. Pokazuje jaką wyrwę potrafi stworzyć opuszczenie czy zniknięcie bez śladu w mechanizmie całej tej małej społeczności, nawet jeśli nie jest ona zgrana i gotowa stanąć za sobą murem.

Tak, Majgull Axelsson jest znakomitym obserwatorem i świadczą o tym choćby szczegółowe opisy ludzi znajdujących się na statku.  O każdym z nich coś potrafi powiedzieć,  nadać mu jakieś cechy wyróżniające go na tle innych.  Ale przede wszystkim, jest mistrzynią oddziaływania na emocje. Pod pozornie obojętnym, chłodnym tonem powieści kryje się cała ich gama. Ta książka przeraża, wzrusza, boli i zastanawia. I udaje się jej to bez tanich chwytów, niepotrzebnych rozczuleń. Ostatnie co można o tej powieści powiedzieć, to że jest mdła; wizerunki bohaterów są naszkicowane tak, że nie potrafimy oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z ludźmi, którzy istnieją naprawdę. Chyba dlatego tak nas interesuje ich los i tak potrafimy im współczuć.

Proza Axelsson może nie przypaść komuś do gustu. Nie każdy oczekuje od książki tak ciężkiego, depresyjnego klimatu, nie każdemu może przypaść w smak brak łatwych rozwiązań. Ale Majgull Axelsson jest pisarką zadziwiająco niepospolitą, nawet na tle swoich podobnie piszących skandynawskich koleżanek.  Tylko ona jedna potrafi z taką siłą oddziaływać na czytelnika, że jej powieść zostaje gdzieś głęboko w środku. Jak nieznośny odłamek szkła.

Majgull Axelsson, Lód i woda, woda i lód, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa, 2010


Czar 20. (i 30.) lat. Wiech, “Czaszka w rondlu”.

Wrzesień 21, 2010

Trzeba przyznać, że w tym roku mam rękę do dowcipnych lektur. Dopiero co skręcałam się ze śmiechu czytając przygody Rodrigo Montalvo Leteillera, a teraz parskam herbatą, czytając opowiadania Stefana Wiecheckiego.  Nie na książkę parskam, oczywiście, bo o książki dbam.

„Czaszka w rondlu” to dziewiąty tom opowiadań sławnego Wiecha. Sławnego, ale i trochę zapomnianego. A niesłusznie! Wiech jest znakomitym obserwatorem warszawskiej ulicy z okresu dwudziestolecia międzywojennego: jego krótkie opowiadanka, których finał zawsze odbywa się w sądzie, ukazuje jak sprytni (bądź jak głupi…) byli nasi przodkowie 80-70 lat temu. Znakomite poczucie humoru Wiecha jest zaraźliwe jak mononukleoza. Autor umiejętnie, nierzadko w jednostronicowym utworku, upakowuje intrygę godną najnowszego filmu o Jamesie Bondzie, z tym, że jeszcze bardziej zakręconą i absurdalną. Czaszka w rondlu? Ależ oczywiście. Kradzież narzeczonego? Normalka. Zaginiona broda? Proszę bardzo, to nie wszystko. Wiech snuje historie na granicy prawdopodobieństwa, jak dziadek niejednego z nas, który od czasu do czasu lubi sobie coś dodać, żeby ubarwić wspomnienie. Ale w tym ich cały urok, czyż nie?

Osobna sprawa to znakomite uchwycenie mowy jaką posługiwali się warszawiacy dwudziestolecia. Pamiętam do dziś, jak mój prowadzący zajęcia od kultury języka powiedział nam, że ich wersja języka polskiego jest uważany za najlepszą dotychczasową wersję. Tak czy inaczej, z pewnością była barwna. Ale i bohaterowie Wiecha się o to starają. Przykład:

„Na oko ona faktycznie rzeczywiście z pyska czyli z twarzy wielkiej urody nie wykazuje, dziobata i kurzajkie ma pod lewem okiem, ale wiadomo, że każden jeden zakochany ślepa komenda i ofiara losu bita i kopana się robi i najgorszą cholerę szantrapę można takiemu wtranżolić, a on będzie myślał, że to Smosarska.”*

Tak swą ukochaną opisywał pan Kłos, bohater opowiadania Ofiara recepty. Takich opowiadań jest prawie sto dwadzieścia, a wszystkie opatrzone celną puentą Stefana Wiecheckiego. Idealne do tramwaju, pociągu, na spóźniony urlop czy choćby na miłe spędzenie wieczoru z ciastkiem i herbatką. Oby tylko za ścianą nie ćwiczył nam żaden tenor Hilary ze swoją interpretacją „Odrobiny szczęścia w miłości” (Potęga głosu).

Co jest zdecydowanie dobrym posunięciem ze strony wydawców, to fakt, że na końcu opowiadania znajduje się słowniczek zawierający wyjaśnienia terminów, które wyszły już z użycia, bądź nie są specjalnie popularne. W końcu niewielu z nas już ma dziadków pamiętających lata 30. (mój się wtedy urodził i to pod koniec). I tak dowiedziałam się np., że nara,  słowo którego ja, niewdzięczna studentka, używam żegnając się, to w innym znaczeniu prycza. Hmm. Będę to mieć na uwadze.

Aż żal kończyć zbiór opowiadań Wiecha! W nielicznej liczbie książek magiczny czas międzywojnia został odmalowany tak dokładnie i klimatycznie zarazem. Na pocieszenie dodam, że tomów opowiadań jest 13(!), a także dwa powojenne. I tym razem czwarta strona okładki się nie myli. Są dla wszystkich. Starych i młodych.

Wiech, Czaszka w rondlu, Wydawnictwo vis-a-vis Etiuda, Kraków, 2007.

*Tamże, s. 118


Rodrigo Munoz Avia, “O psychiatrach, psychologach i innych psycholach”

Wrzesień 19, 2010

O psychiatrach, psychologach i innych psycholach to nabytek bardzo spontaniczny. Częściowo przykuł uwagę tytuł (w końcu sama studiuję m.in. psychologię kliniczną), częściowo opis z tyłu okładki. Wynikałoby z niego, że to literatura hiszpańska z biglem, ale biglem bardziej w stylu opisywanych już przeze mnie Kredożerców niż Eduardo Mendozy, do którego wciąż nie mogę się przekonać. Książkę kupiłam, przeczytałam i coraz bardziej skłaniam się ku opinii, że spontaniczne nabytki to te najlepsze. No ale do rzeczy.

Książka jest  z założenia satyrą na zawód mój i lekarzy. Ale nie jest to jedna z tych powieści, które napisał, opierając na faktach, jakiś sfrustrowany Amerykanin i które zalegają w koszach z napisem „wyprzedaż” w hipermarketach. Oj nie. Tutaj, oprócz satyry, mamy całą przedziwną historię zupełnie zwyczajnego faceta o imieniu Rodrigo. Tak nam się przynajmniej przedstawia bohater książki. Cześć. Nazywam się Rodrigo. Rodrigo Montalvo Letelllier.* Dowiadujemy się też, że posiada on żonę i dwoje dzieci, oraz posiadał zupełnie normalne życie, dopóki nie dobrali się do niego psychiatrzy, psychologowie, a przede wszystkim, jego własny szwagier. Od tego momentu zaczęło ono przypominać, nomen omen, wariatkowo, a cała rodzina musi dwoić się i troić, żeby pomóc nieszczęsnemu pacjentowi.

Nie trzeba być ani psychologiem, ani psychiatrą, ani nawet ich pacjentem, żeby popłakać się nad tą książką ze śmiechu. Bo Rodrigo równie spokojnie i rzeczowo opowiada o swojej depresji, jak o przygodach ekshibicjonisty w lasku za osiedlem. Efekt jest groteskowo-komiczny. Mamy tu całą galerię postaci z cyrku rodem: matka-Francuzka, ambitna siostra Nuria, ojciec- miłośnik pięknych kobiet i sprzedawca wind w jednym, czy lekko otępiała córka głównego bohatera. Nie mówiąc już o psie o imieniu Seks czy całej watasze psychologów, psychiatrów, psychoterapeutów, akupunkturzystów i innej maści fachowców, którzy próbują pomóc Rodrigo. Efekt jest taki, że boki zrywać (sprawdzone na koledze podczas wykładu– w końcu jestem naukowcem).

Dobra, sarkastyczna, trochę wredna, a jednocześnie ciepła powieść. Taka z bijącym po oczach przesłaniem „Rodzina jest najważniejsza”. Bo też i trudno nie zazdrościć bohaterowi jego pokręconej familii. Ciągle mam tylko nadzieję, że jego przejścia z przedstawicielami mojego zawodu nie są osobistymi przeżyciami autora…

Rodrigo Munoz Avia, O psychiatrach, psychologach i innych psycholach, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2007, przekład: Marzena Chrobak.

*Tamże, s. 7


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.